Film o Marii Składowskiej-Curie

– Mam na tyle sceptyczne nastawienie do systemu edukacji, że zastanawiam się nad zupełnie innym rozwiązaniem. Bardzo inspirująca w tej kwestii jest dla mnie Maria Skłodowska-Curie, która miała dokładnie ten sam problem w Paryżu. Zorganizowała więc domowe nauczanie dla swoich dzieci – mówi Karolina Gruszka, która wcieliła się w rolę polskiej noblistki.

O filmie „Maria Skłodowska-Curie” z Karoliną Gruszką jest głośno od kilku miesięcy. Polsko-niemiecko-francusko-belgijska produkcja w reżyserii Marie Noelle miała swoją premierę na festiwalu filmowym w Toronto, gdzie została bardzo ciepło przyjęta.

Życie jednej z najsłynniejszych badaczek świata ujęte zostało w klamrach siedmiu lat pomiędzy jej dwiema podróżami do Sztokholmu po Nagrody Nobla. Reżyserka, która napisała scenariusz wspólnie z niemiecką dramaturg i autorką książek Andreą Stoll, zdecydowała się na przedstawienie Skłodowskiej-Curie nie tylko jako naukowego geniusza, ale przede wszystkim kobiety, która realizuje się jako matka, siostra, przyjaciółka i kochanka.

W roli charyzmatycznej, ale czasami introwertycznej noblistki na ekranie pojawia się Karolina Gruszka – bardzo charakterystyczna aktorka, jak sama mówi, przede wszystkim teatralna. W ostatnich latach nie grała zbyt często w filmie, skupiona była na rolach scenicznych oraz wychowywaniu córki Mai. Po ślubie z rosyjskim reżyserem Iwanem Wyrypajewem mieszkała i pracowała zarówno w Moskwie, jak i w Warszawie.

Na przełomie 2016 i 2017 roku Gruszka wraca w czterech filmach: „Maria Skłodowska-Curie”, „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” (reż. Maria Sadowska), „Szczęście świata” (reż. Michał Rosa) oraz „Śpij kochanie” – najnowszym filmie Krzysztofa Langa.

KAROLINA GRUSZKA: Bardzo trudne było to, że trzeba było pokazać widzom osobę, która miała bardzo specyficzny rodzaj wrażliwości i percepcji, a także ten genialny sposób myślenia. Pojawiło się pytanie: „czy wszystko można zagrać?”. Zastanawiałam się nad tym, ale nie jestem z tej szkoły aktorskiej, w której stawia się na stuprocentowe utożsamianie się z postacią, czy próbuje się samemu w sobie obudzić postać. Wydaje mi się to niemożliwe. Bliżej mi do tego, aby pokazywać postać za pomocą własnej wyobraźni i wrażliwości. Sama postać ma w takim podejściu powstawać bardziej w głowach widzów, aniżeli będę starać się budzić jakieś genialne sfery w swoim umyśle (śmiech). Było trudne także to, żeby znaleźć pewien rodzaj skupienia, koncentracji, która musiała być intensywniejsza w przypadku takiej osoby, jaką była Maria Skłodowska-Curie. Nad tym przede wszystkim pracowałam. Bardzo pomogły mi jej dzienniki. Te „Dzienniki żałobne”, które pisała przez rok po śmierci Pierre’a.  Stanowią one intymny, bardzo uczciwy i szczery zapis, jakby był wyrwany z serca.

Jednak w filmie treść dzienników jest dość epizodyczna.

Faktycznie, jest jedna scena, w której Maria je pisze. Zawartość dzienników chcieliśmy bardziej wpuścić w film niż eksponować, co konkretnie Skłodowska pisała.

Cała opowieść o polskiej noblistce została dość rozsądnie zamknięta w klamrę czasową pomiędzy dwiema podróżami do Sztokholmu po Nagrody Nobla. Marie Noelle (reżyserka filmu – red.) dała ci jakąś konkretną wizję Skłodowskiej?

Te siedem lat to bardzo mocno intensywny okres, zarówno w naukowym, jak i prywatnym życiu Skłodowskiej.  Dlatego to jest tylko siedem lat, a może aż tyle. Było jeszcze bardzo dużo wydarzeń z jej życia, ale trzeba było się na coś zdecydować – stąd i tak te siedem lat to jest bardzo dużo, skoro mieliśmy je zmieścić w półtoragodzinnym filmie. Przed scenarzystą postawiono ogromne wyzwanie. Takie są reguły filmu.

A skąd się wziął sam pomysł na taką postać noblistki? Filmowa Curie jest momentami bardzo zaskakująca.

Postanowiłyśmy pokazać ją jako kobietę, człowieka, z pewną wewnętrzną wolnością, wewnętrznym skupieniem i takim przekonaniem o tym, jaka jest jej funkcja w świecie. Były to elementy jej osobowości – pewnie częściowo przekazane w genach, a częściowo wypracowane – dla mnie bardzo inspirujące. Z perspektywy nam współczesnej jest to niezwykle aktualne pytanie: jaka jest moja funkcja w świecie? Miała niezwykłą determinację w podążaniu wybraną przez siebie drogą. Wydaje mi się, że miała swoistą umiejętność, żeby odciąć od siebie wszystko, co zakłócało jej myśli, od zbędnych bodźców. Mogłaby je spokojnie wpuścić do swojego życia, bo miała chociażby zaproszenia na wszystkie europejskie salony. Jednak nie uczestniczyła w tym życiu – skupiała się na tym, co uważała za istotne, za ważne.

Powiedziałaś, że historia Skłodowskiej jest bardzo aktualna. Widzisz jakieś paralele pomiędzy rzeczywistością Skłodowskiej-Curie i swoją?

Pewnie można byłoby wiele takich podobieństw odnaleźć. Myślę jednak, że taka, która wysuwa się jako pierwsza to rola kobiety w społeczeństwie. Ta jej osobista walka o równouprawnienie. Wydaje mi się, że nie do końca była feministką walczącą w imieniu wszystkich, chodziło jej chyba o  wywalczenie dla siebie praw do tego, by się realizować i skończyć to, co miała do zrobienia.

W końcu jej się udało rozbić ten „szklany sufit”, który wówczas panował na uniwersytecie.

Nie wszystko od razu, ale tak, udało jej się. Gdyby popatrzeć na to, co się dzieje w naszym kraju, na protesty kobiet, na te ciągłe dyskusje – które stały się bardzo żywe – na temat równouprawnienia, to Skłodowska może być ogromną inspiracją. Poza tym myślę też o jej umiejętności łączenia różnych ról społecznych. Z jednej strony była rzeczywiście genialnym umysłem, świetną badaczką i miała swoją pracę, która była dla niej bardzo ważna. Z drugiej strony była bardzo uważną matką. Można to wywnioskować na przykład z bogatej korespondencji, jaką prowadziła z córkami, a która się zachowała. Marie Noelle miała okazję porozmawiać z jej wnuczką. Okazało się, że Skłodowska funkcjonuje w rodzinnych wspomnieniach jako bardzo czuła matka i babcia. Z trzeciej strony realizowała się w związkach ze swoimi partnerami. Dbała o to, by nie były formalne, za każdym razem – z mężem, a później z Paulem Langevinem – starała się, żeby to był związek głęboki, związek dusz. Po tym względem nie uznawała kompromisów, w taki mądry sposób. I w mądry sposób łączyła te wszystkie role: bycie twardą w tym męskim świecie nauki z byciem bardzo kobiecą, czułą, pełną empatii w życiu domowym.

Pokazaliście w filmie wszystkie te aspekty: przyjaciółka, siostra, matka, badaczka, żona, kochanka, osoba publiczna. Chociaż chwilami zastanawiam się, czy film nie skupia się za bardzo na romansie zamiast na jej geniuszu.

Zastanawialiśmy się, ile miejsca w filmie powinna zająć nauka. Wykłady naukowe na temat radu czy polonu, promieniowania itd., rozmowy jej z Einsteinem, są to rzeczy zrozumiałe dla wąskiej grupy osób. Trzeba było znaleźć pewien kompromis. Na tym też polegała trudność napisania tego scenariusza. Są osoby, które mówią po obejrzeniu filmu, że za dużo tych skomplikowanych rzeczy, dla innych jest za mało. Prawda jest taka, że gdybyśmy chcieli pokazywać cały proces dochodzenia do tych wielkich odkryć, to zbyt dużo atrakcyjnych dla filmu elementów tam nie ma. To była żmudna, mozolna praca polegająca głównie na spisywaniu wyników obserwacji. Zdecydowaliśmy, że chcemy opowiedzieć przede wszystkim o silnej i świadomej siebie kobiecie, jaką bez wątpienia była Skłodowska. Uznaliśmy, że to będzie dla widzów najciekawsze.

Nie wiem, jak to będzie w przypadku szerszej publiczności, ale wydaje mi się, że udało się wam Skłodowską odczarować. Kojarzyłem ją dotychczas jako typową, surową przedstawicielkę inteligencji przełomu XIX i XX wieku. Taką, jaką pamiętam ją ze zdjęć.

Trzeba pamiętać, w jaki sposób te zdjęcia były robione: czekało się dwie minuty w zastygniętej pozie, aż to zdjęcie wyjdzie…

… mistrzyni zblazowania…

… (śmiech) a biorąc pod uwagę fakt, że była osobą skromną, której nie zależało na tym, żeby na tych zdjęciach wyglądać, to można sobie łatwo wyobrazić, że się zamyślała. Czekała, aż to się wreszcie skończy.

Rzeczywiście, graliście po francusku. Czy dość ładny i czysty język, jakim się posługują wasze postacie, to efekt postprodukcji?

(śmiech) Wszyscy aktorzy to osoby, który ten język znają. Oczywiście długo pracowaliśmy, żeby doszlifować akcent. Część z nas gra Francuzów, część z nas gra obcokrajowców – tak jak ja czy Iza Kuna. Mogłam sobie więc pozwolić na lekki akcent. Myślę, że udało się nam uzyskać taki efekt, że ten akcent nie jest rażący, że Francuzi go zniosą, że się nie zmęczą, a wszystko będzie czytelne.

Uczyłam się francuskiego w szkole. W związku z kilkuletnią przerwą musiałam go sobie odświeżyć, ale że uczyłam się tego języka od pierwszej klasy podstawówki, więc akcent mam w miarę dobry. Inną sprawą jest jednak to, że jak się ma dużą partię tekstu, która jest wykładem zawierającym słownictwo fachowe oraz trzeba to powiedzieć szybko, płynnie i z pewnością siebie, to czasem trochę pracy trzeba poświęcić. Miałam jednak dużo czasu na przygotowanie tej roli, były to blisko trzy miesiące.

Jak wyglądał proces tworzenia „Marii Skłodowskiej-Curie”? Byłaś po zdjęciach do „Szczęścia świata” i przed „Sztuką kochania” oraz filmem Krzysztofa Langa – to był chyba dość intensywny dla ciebie okres.

Przez pierwszy miesiąc siedziałam w domu skupiona na tym wszystkim, co mogłam przeczytać. Potem zaczęłam pracować trochę nad językiem. Następnie spotkałam się w Monachium z Marie Noelle. Miałyśmy całą serię prób – najpierw same, potem pojechałyśmy do Paryża, do laboratorium i innych miejsc związanych ze Skłodowską-Curie. Wróciłyśmy do Monachium, gdzie reżyserka mieszka. Rozpoczęły się próby z pozostałymi aktorami. W międzyczasie Marie Noelle dawała mi korepetycje z fizyki i chemii (uśmiech). Marie ma wykształcenie matematyczne. Dla niej tematy związane z pracą Skłodowskiej nie stanowiły większego problemu, ja musiałam trochę bardziej to „ogarnąć”.

Wiele osób zaskoczyć może fakt, że sto lat temu paparazzi biegali za naukowcami. Jednak w przeciwieństwie do wielu twoich kolegów po fachu nie jesteś na celowniku tabloidów. Znalazłem nawet komentarze że jesteś „niedzisiejsza” i „nieżyciowa” jako „celebrytka”. Jak to robisz, że jesteś jedną z najchętniej zatrudnianych aktorek i zero plotek wokół ciebie?

Ale właściwie, co w tym dziwnego? (śmiech).  Dzisiaj trochę pomieszały nam się pojęcia. Że jak aktorka, to już koniecznie „celebrytka”. Nie łączę tych dwóch ról. Nie wydaje mi  się, żeby to był mój obowiązek i nie dlatego wybierałam swój zawód, żeby chodzić na te wszystkie ścianki. Robię to, co kocham i mam do swojego zawodu duży szacunek.

Na kanapach w programach śniadaniowych czy na okładkach niektórych magazynów pojawiam się przy okazji promocji tego, co robię. Tak rozumiem swoją współpracę z mediami. Też zależy mi na tym, aby o filmie czy spektaklu, w którym gram, dowiedziało się jak najwięcej potencjalnych widzów. Uważam jednak, że ze światem mediów trzeba być bardzo ostrożnym. To chyba najbardziej toksyczny aspekt naszego zawodu.  Wydaje mi się, że dla każdego, nawet jeśli ktoś ma wrażenie, że to lubi, jest to ryzykowne i w większych dawkach może być groźne dla psychiki.

Jedna z niewielu informacji, jaką tam wygrzebałem o tobie i twoim mężu (reżyserze i dramatopisarzu Iwanie Wyrypajewie – red.)  dotyczyła Waszej decyzji o przeprowadzce z Moskwy do Warszawy.

To trochę zabawne, bo ta informacja poniekąd jest wykreowana przez media. Nigdy nie czułam, że gdzieś się wyprowadziłam. Przez te lata funkcjonowałam w dwóch krajach, grałam ciągle spektakle w Polsce, robiłam nowe przedstawienia w Warszawie. Dopóki mogłam, godziłam życie w dwóch krajach. Przez to, że mój mąż miał więcej pracy w Rosji, był dyrektorem teatru w Moskwie. Gdyby policzyć dni, pewnie wyszłoby, że trochę więcej niż połowę roku spędzaliśmy w Rosji. W tej chwili, ze względu na to, że jest nasza córka, że chodzi do przedszkola, niebawem pójdzie do szkoły, to musieliśmy podjąć pewne decyzje. Zdecydowaliśmy się, żeby postawić na Polskę. Otworzyliśmy firmę producencką, chcemy robić spektakle i zobaczyć, czy możemy tu funkcjonować na swoich zasadach. Mówię przede wszystkim o teatrze, bo jestem głównie z teatru. Przynajmniej tak czuję. Tam są moje korzenie i to jest moje miejsce rozwoju.

Tak jak twój mąż (śmiech)…

… (śmiech) No tak, siłą rzeczy tak.

Nie doszukiwałem się zbyt mocno powodów Waszej decyzji – czekałem na Twoją odpowiedź. Czy miała ona związek z rzeczywistością polityczną w Rosji? Z tego, co pamiętam, Twój mąż miał epizod, kiedy władza nie była mu przychylna.

Iwan nie jest uchodźcą politycznym (śmiech). Nie wiem, jakby to było, gdybyśmy nie mieli dziecka, czy zdecydowalibyśmy się na wyjazd, czy nie. Ani ja, ani Iwan nie uprawiamy teatru politycznego, więc bezpośrednio nie spotykamy się z żadną cenzurą, będąc w Rosji. Gdy zdecydowaliśmy się na wyjazd, atmosfera w Rosji była dla nas o tyle trudna, że w powietrzu było bardzo dużo napięć, takiej izolacji – Rosja w opozycji do reszty świata. Wychodzę jednak z takiego założenia, że tak naprawdę szczęśliwym można być wszędzie bez względu na okoliczności. Mamy już ukształtowaną swoją wrażliwość, wiemy, czego chcemy. Nasza córka dopiero się rozwija i pomyślałam sobie, że fajnie byłoby, żeby wychowywała się w kraju, gdzie jednak tej wolności jest trochę więcej. No, ale w naszym kraju teraz różnie z tym jest. Nie przywiązuję się więc do miejsc, nie wiem, co będzie. Mam natomiast potrzebę przyrody i bycia poza miastem.

Powiedziałaś, że w naszym kraju wolność się odrobinę przykurcza. Macie z Iwanem plan awaryjny, żeby gdzieś za tą wolnością dalej wyjechać?

Tak można byłoby jeździć w nieskończoność. Wolność nie jest na zewnątrz tylko w środku, więc jeśli rozważalibyśmy dalsze podróże, to z trochę innych powodów.

Ostatnio narzekałaś na polski system edukacji – zwłaszcza ten projektowany. Czy wykształcenie córki nie byłoby dobrym pretekstem do wyjazdu?

Tak. O tym myślę. Gdy zastanowię się nad tym, że mam Maję posłać do szkoły, to trochę mnie to przeraża. Cały czas szukam odpowiedniego rozwiązania tej sytuacji. I nie wiem.

A co ci przeszkadza w polskiej oświacie?

W tej chwili obawiam się tego, że w system edukacji może być wsączana jakaś propaganda, która niekoniecznie może zgadza się z moim przekonaniami, co jest ważne w życiu. Jak sobie o tym myślę, to wydaje mi się, że ważne jest, żeby kłaść akcent na rozbudzanie w dzieciach kontaktu z samymi sobą, na to, żeby potrafiły same sobie odpowiedzieć na pytania: Kim ja jestem? Po co ja tu jestem? O tym się nie rozmawia. Mówi się albo o jakichś światopoglądach, które chce się dzieciom zaprogramować, albo uczy się na pamięć tysiąca niepotrzebnych szczegółów. Nie widzę w naszej edukacji tych podstawowych pytań, które nas kształtują i dają nam pewną wewnętrzną siłę. Zastanawiam się, czy jest sens tracić tyle lat na to chodzenie do szkoły, gdzie przyswajanych jest dużo niepotrzebnych rzeczy. Może można te lata przeżyć w piękniejszy i bardziej wartościowy sposób?

Czy w naszych realiach społeczno-kulturowych łatwe jest funkcjonowanie w rodzinie polsko-rosyjskiej?

Szczerze mówiąc, nie spotykam się z żadnymi przejawami nietolerancji z powodu tego, że jestem w takim, a nie innym związku i mam nadzieję, że tak pozostanie.

A w Rosji nie odczułaś nastawień antypolskich?

W Rosji – nie. Jeżeli już poczułam jakieś nastawienia, to dużo bardziej te antyrosyjskie w Polsce, niestety. W przypadku Rosjan wydaje mi się, że wynika to z tego, że jest to duży kraj i ma dużo większe problemy niż mała Polska. My, Polacy, mamy mocny ten kompleks Rosji. Cześć z naszych obaw jest zrozumiała i uzasadniona. Część z nich jest niestety paranoją. Te nastroje, które się raz nasilają, raz słabną – w zależności od sytuacji politycznej – odczuwam i żałuję, że chociażby my, ludzie kultury, nie potrafimy nawiązać jakiegoś dialogu z Rosjanami i spróbować się nawzajem zrozumieć. Myślę, że jesteśmy sobie bliscy i moglibyśmy od siebie wzajemnie czerpać. Odczuwam też pewną „misję”, żeby przypominać o literaturze rosyjskiej i ją przybliżać. Z drugiej strony, będąc w Rosji, zauważyłam, że ludzie tam pamiętają żywe tradycje dialogu polsko-rosyjskiego na poziomie kultury i bardzo za nim tęsknią. Pamiętają nazwiska i dzieła naszych wybitnych twórców. Teraz to się nagle urwało i rzeczywiście jest czarna dziura. Nie dociera do nich to, co się u nas dzieje – poza teatrem. Teatr stanowi pewien wyjątek.

Nie boisz się, że jak twoja córka trafi do szkoły, to może być dyskryminowana ze względu na tatę Rosjanina?

Mam nadzieję, że uda mi się ją wychować w takim duchu, że będzie sama potrafiła właściwie ocenić sytuację i że nie będzie to dla niej bolesne. Nie uniknie się jednak w życiu pewnych rzeczy, nie mogę jej wychowywać pod kloszem. Mam jednak wrażenie, że jak się jest ze swoim dzieckiem blisko i się z nim rozmawia, to są to rzeczy do omówienia, przepracowania. Mam nadzieję, że takie sytuacje jej nie spotkają. Zobaczymy. Mam na tyle sceptyczne nastawienie do systemu edukacji, że zastanawiam się nad zupełnie innym rozwiązaniem. Bardzo inspirująca w tej kwestii jest dla mnie Maria Skłodowska-Curie, która miała dokładnie ten sam problem w Paryżu. Zorganizowała domowe nauczanie dla swoich dzieci. Skrzyknęła swoich kolegów i w swoim laboratorium dawała dzieciom korepetycje, więc jest to też jakaś droga, o której myślę. Jest to jakiś pomysł, żeby zorganizować nauczanie poza systemem.

 

Aleksiej Taszkinow