Harcerze w Sumach sto lat temu

Wanda Tomaszewska

Po przeczytaniu relacji z uroczystości w Sumach z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę (grudniowy numer KG) zastanawiałam się, czy przetrwała wśród tamtejszych Polaków wiedza o harcerzach z owego pamiętnego 1918 roku.
Wspomnienia druhny Wandy Tomaszewskiej, z którą przeprowadziłam wywiad u schyłku jej życia, mogą dopisać się małym epizodem do rocznicowych obchodów tak imponująco zorganizowanych przez Towarzystwo Kultury Polskiej.

 

ANNA FASTNACHT-STUPNICKA

– Wstąpiłam do harcerstwa w 1918 roku w Sumach, w charkowskiej guberni. Był już powiew swobody. Najpierw chłopcy zorganizowali skautową drużynę, potem dziewczyny – tak zaczęła swoją opowieść o latach dzieciństwa Wanda Tomaszewska, harcmistrzyni, żołnierz Armii Krajowej, po wojnie organizatorka harcerstwa we Wrocławiu. Znali ją we Wrocławiu niemal wszyscy. Panią drobnej postury, niezwykle energiczną, pełną zapału do działań społecznych, zawsze uśmiechniętą, rozmowną (Szczebiotką przez niektórych zwaną), ludziom życzliwą, bezgranicznie oddaną harcerstwu. Skąd ta siła, pytałam ponad dziewięćdziesięcioletnią druhnę.

– My Kresowiacy tacy jesteśmy, do tego Pan Bóg daje zdrowie nadzwyczajne – odpowiedziała.

– A optymizm wyniosłam z domu rodzinnego, który był oazą miłości, radości. Nigdy się nie mówiło o złych rzeczach ani o złych ludziach, przywarach, wszystko było dobre i ładne. Jej ojciec, Juliusz Chrystian Tomaszewski, był prawnikiem, przed pierwszą wojną światową prowadził kancelarię adwokacką w Chocimiu. W tym mieście nad Dniestrem upływało szczęśliwe dzieciństwo Wandy i jej rodzeństwa. Wakacje spędzała rodzina w majątku Stroince na Bukowinie, gdzie za posag żony, Marii Bazyliny z Chorbkowskich, córki właściciela Laskowce na Podolu, kupił pan mecenas dwór z rozległym ogrodem i gospodarstwem. Ale…
– W 1917 roku wybuchła na terenie carskiej Rosji rewolucja. Zaczęły się zamieszki. Bandy bolszewickie zniszczyły doszczętnie dwór i wszelkie zabudowania w Stroincach. Nasza mama była tym tak przerażona, że ojciec nasz wysłał ją i całą naszą gromadkę młodego pokolenia do odległej guberni charkowskiej, do miasta powiatowego Sumy. Tam bowiem udawał się w ramach ewakuacji nasz wuj, dyrektor banku w Kamieńcu Podolskim. Pod jego więc opieką pojechaliśmy w daleką podróż. Ojciec pozostał w Chocimiu. W Sumach Wanda Tomaszewska zaczęła uczęszczać do rosyjskiej szkoły i tam, w roku 1918, jako dziesięcioletnia dziewczynka wstąpiła do polskiego skautingu.

Maria Bazylina i Juliusz Chrystian Tomaszewscy z dzieć- mi Janem, Wandą i Marysią, Lwów 1921 r.

A zaczęło się tak:

– Pewnego dnia podeszła do mnie koleżanka z klasy i powiedziała, że jeśli zachowam tajemnicę, to powie mi coś ważnego. Zapewniłam o dyskrecji, a ona zapytała: „czy chcesz zostać skautką?” O, tak! Bo o skautingu słyszałam już kiedyś od starszego brata. „To przyjdź jutro o tej a o tej godzinie na róg tej a tej ulicy. Będę tam ciebie oczekiwać, ale tylko swej mamie możesz powiedzieć, dokąd idziesz”. Spotkałyśmy się z koleżanką o umówionej porze. Wprowadziła mnie do jakiegoś mieszkania, gdzie było zgromadzonych już kilka dziewczynek i drużynowa Wanda Kowalewska. Pięknie, zajmująco opowiadała nam o tym, co to znaczy być skautką, trzeba być dobrą, uczynną, zaradną. Z wielkim zainteresowaniem uczęszczałyśmy na zbiórki skautów. Wkrótce, w marcu 1918 roku, dopuszczono nas do egzaminu na stopień ochotniczki. Dnia 29 maja tegoż roku nasz Hufiec (jedna drużyna żeńska i jedna męska) wyruszył za miasto. Na skraju Sum czekał na nas hufcowy Adam Derejski. A obok „piękny Oleś”, jak był nazywany w tutejszej Polonii jeden ze skautów, późniejszy śpiewak solista oraz amant filmowy w Warszawie. Trzymał on rozwinięty sztandar, na którym widniał wyhaftowany herb Polski oraz emblemat skautów. Herb Polski! Byliśmy oszołomieni, wszakże widzieliśmy ten ukochany przez nas znak jedynie na obrazkach. Hufcowy odezwał się do chorążego: „Olesiu, tobie powierzam nasz sztandar. Strzeż go”. Każda i każdy z nas przyjął to z przekonaniem, że będziemy bronić tego sztandaru do ostatniej w żyłach kropli krwi. Nie było jednak potrzebne żadne bohaterstwo z naszej strony, poczciwa ludność Sum patrzyła sobie zupełnie spokojnie na gromadkę, która szła ze swoim sztandarem. Potem była gra polowa, przedzieranie się przez zarośla, rywalizacja pomiędzy gromadką dziewcząt a chłopców. W tym czasie  sztandar pozostawał pod opieką dwóch strażników. Gdy ja stanęłam na warcie wspólnie z koleżanką z mojej klasy, ta zdradziła mi tajemnicę: „Jest cały Hufiec, gdyż odbędzie się Przyrzeczenie, które ty właśnie będziesz składać, ponieważ wkrótce już opuszczasz Sumy, wracając na Kresy. My zaś czekamy aż przyjedzie do nas na taką uroczystość ktoś z Naczelnictwa w Kijowie”. Oniemiałam ze wzruszenia. Wkrótce wezwano nas do zgrupowania się przy sztandarze. Byłam nieprzytomna ze szczęścia. Drużynowa objęła mnie i poprowadziła do sztandaru. Kładąc nań palce, powtarzałam za drużynową słowa Przyrzeczenia. Nie było jeszcze w Sumach krzyży harcerskich, miały być przywiezione z Kijowa dopiero na dzień ogólnego Przyrzeczenia. Na pamiątkę tego dnia druhna Wanda Kowalewska wręczyła mi, ściskając serdecznie, misternie spleciony sznurek do gwizdka. Skauci zbliżyli się do mnie, chcąc mnie podrzucić do góry na znak triumfu, ale drużynowa nie dopuściła do tego, mówiąc: „Zbyt to poważna chwila”. Niebawem rodzina Tomaszewskich opuściła Sumy, przenosząc się do Kamieńca Podolskiego a później do Lwowa. Tam druhna Wanda zdała maturę, założyła drużynę XX w Gimnazjum Sióstr Urszulanek, potem wyjechała na studia do Warszawy (skończyła Wydział Konsularno-Dyplomatyczny w Szkole Głównej Handlowej), następnie na staż do Antwerpii i w 1930 roku wróciła do Lwowa. W chwili wybuchu wojny była członkiem Komendy Lwowskiej Chorągwi Harcerek, potem, podczas okupacji jednej i drugiej komendantką podziemnej pracy harcerek, członkiem AK. Już jako harcmistrzyni przyjechała w 1946 roku do Wrocławia, odrazu angażując się w organizowanie harcerstwa. Przez wiele lat pracowała w Ossolineum, ale zawsze, niezależnie od pracy zawodowej i rozlicznych zainteresowań, pozostawała wierna harcerskiej służbie, którą zaczęła w Sumach w 1918 roku a zakończyła wraz z odejściem 23 czerwca 2004 roku. Zapytana, co jest w życiu najważniejsze, odpowiedziała:
– Optymizm i wiara w ludzi. Naczelny skaut świata Baden-Powell mówił, że misją drużynowego jest znaleźć w każdym chłopcu, którego się ma pod opieką, przynajmniej pięć procent dobra i to dobro rozwijać. Ja w to wierzę.

Opowieść o losach rodziny Tomaszewskich oraz wspomnienia druhny Wandy zamieściłam w książce „Saga wrocławska. 74 opowieści rodzinne”, wydanie II, Wrocław 2015.

* Kurier Galicyjski * 18–31 stycznia 2019 nr 1 (317)

Aleksiej Taszkinow